dawno...

Dawno tu nie pisałem...

Nie dodawałem zdjęć...

Choć mógłbym założyć nowego bloga, ale jednak ten fotolog wiąże się z historią...

Historią która minęła na szczęście bezpowrotnie...

Ale historie są różne, więc chciałbym opisać coś co ostatnio zauważyłem.

Szybko w pośpiechu, pewnego dnia, wypadłem z domu gdyż umówiłem się ze znajomym. Wojtkiem.
Ja i Wojtek, lubimy w pewnym stanie napić się piwa 'małomęskiego'. Kiedyś Redds'a Zielonego, ostatnio Desperados'a z Tequilą (pą pą pą jak to krzyknąłby Gural).

No i wpadam żem ja do tego monopola - Asa żeknę - chcąc zakupić wcześniej wspomniane Desperadosy oraz papierochy (których swója drogą nie lubię, ale palę, bo lubię - taki ot paradoks).

W tym monopolu jest kolejka złożona z 2 osób - mnie, oraz jak to kiedyś się mówiło, ojca Wieśniar.
Rodzina wielodzietna, z typu tych, które nie wiedzą co to jest antykoncepcja. Więc, ojciec Wieśniar oraz matka Wieśniar mają 3 albo i nawet 4 córki (taa same baby!), bezrobotni (chyba), a 2 córki już dzieciate (choć nie wiem czy nie jest ich więcej). Ojciec Wieśniar, nazwę go teraz Stasiu, nie pracuje. Zajmuje się pilnowaniem swoich dwóch kundli i prawdopodobie jest już rozwiedzony. Widuję go na osiedlu, kiedy idzie ze swoimi dwoma zmarnowanymi szarymi jak hieny psami i zbiera makulaturę oraz złom, ciągnąc cięzki wózek.

Z twarzy zniszczony człowiek, po oczach smutny jak baset, załamany swym życiem. Zawsze gdy go widzę, jest mi go szkoda. Nie wiem czemu, ale podejrzewam że prowadzi ciężkie życie.

Biedny człowiek.

Staś.

Wyobraź sobie gościa w wieku między 50 a 60 lat, nigdy nie mającego urlopu, a w sumie nie mającego nigdy stałej pracy. Stasiu, z siwym dwudniowym zarostem stoi przede mną w kolejce w monopolu.
Ja, wypacykawany jak zwykle, jak Ken od Barbie, pachnący tego dnia Fahrenheit'em, spieszący się jak chuj. Powiedziałem Wojtkowi, że będę za 12 minut a w tym momencie w kolejce mija już jakieś 10 minut.

A czemu?

A bo Stasiu z uśmiechem na twarzy zagadawał ekspedientki zamawiając kolejne produkty. Patrzy na panią Anię stającą za lodówką z wędlinami, prosi o 20dkg sznki, gdy pani Ania poszła pod kasę, a za kasą słodycze, poprosił kilka różnych batoników. Cały czas zabawiał wszystkie panie eksedientki rozmową. Uśmiechnięty. Szczęśliwy z ryja nawet. Popatrzył na półkę z ciastami, poprosił tort. Cały czas prowadził gorącą rozmowę z ekspendietkami oraz właścicielem sklepu (bo już było koło 22, więc Pan Adam liczył towar w swoich okularach, jak codzień).
A co to tam jest? Ciastka. To poproszę 30 deko mówi Pan Stasio, z uśmiechem na twarzy.

Zagadywał mnie, oraz wszystkich w sklepie.

Uśmiechnięty, ten sam Pan Stasio, który dzień wcześniej z dwoma szarymi jak noc burkami , brzydkimi jak moja kackupa2008 na mazurach, przebierał śmieci w hasioku, wybierając materiały do przetworzenia: makulaturę oraz aluminium.
Ten sam, który ma rodzinę wielodzietną, rozwiedzony, a jego nieletnie córki mają dzieci. I te brzydkie psy które przygarnął.

Stoi w sklepie osiedlowym gdzie ceny daleko odbiegają od cen rynkowych, zamawia wszystko co mu wpadnie do głowy.

UŚMIECHNIĘTY.


PAN STASIO MIAŁ DOBRY DZIEŃ.

ZAZDROSZCZĘ MU. SZACUNEK DLA PANA STASIA.